to przynależność do „płci mocnej”. Wysilamy się i wytężamy,
lecz mimo to nasz występ nie jest bardzo wiarygodny. Gdy jesteśmy
młodzi, możemy mieć złudzenia co do siebie, ale później w małżeństwie -
stwierdzamy, że nie potrafimy zasłużyć na wiele oklasków za nasze
wysiłki. Prawdziwa kobieta nie da się zwieść przez takie ambicje i
miałaby ochotę prosić męża, aby był po prostu sympatyczną ludzką istotą,
a nie jakimś rodzajem supermana.
Jak można właściwie wytłumaczyć wielką podatność mężczyzny na
zranienie? Czy nie powinien on - jako mężczyzna - mieć dość odwagi, aby
po prostu być tym, kim jest naprawdę? Dlaczego tak trudno mu
zaakceptować siebie jako kogoś, kto czuje się niepotrzebny i
niekompetentny, bezradny
i pełen lęku, niepotrzebny i sfrustrowany?
Przecież do męskich cech należy odważne, bez lęku stawianie czoła
rzeczywistości i nazywanie rzeczy po imieniu. Problem polega na tym, że
rzeczywistość nie odpowiada stworzonemu przez świat obrazowi Mężczyzny.
Ten właśnie rozdźwięk między naszymi marzeniami a rzeczywistą rolą
sprawia, że my, mężczyźni, czujemy się niepewnie. To z kolei przeszkadza
nam żyć w zgodzie ze sobą. Tak jak mamy skłonność do niezauważania
naszych żon i ich potrzeb, tak samo rozmijamy się ze sobą samym. Kobieta
szuka mężczyzny, który jej potrzebuje, spragniony jest tego, co ona
może mu ofiarować i który nawet cieszy się, że jest stroną otrzymującą.
Mężczyzna jeśli ustawia się w roli „wielkiego dawcy” i sądzi, że skoro
jest mężczyzną, jest samowystarczalny - pokazuje tylko na każdym kroku,
że jest mężczyzną niekompetentnym. Ten właśnie rozdźwięk między naszymi
marzeniami a rzeczywistą rolą sprawia, że my, mężczyźni czujemy się
niepewnie.